Zamknięta byłam w klatce wspomnień. Nie, nie złotej. Nawet nie srebrnej. Klatka była stara, zardzewiała. Zbudowana dawno, gdy jeszcze mała byłam – całkiem urocza, całkiem niewinna, ufna i otwarta. Byłam ptakiem, który jeszcze nie umiał latać, a skrzydła już iskrzyły się barwami nie z tego świata. Nie zdążyłam ich rozprostować. Było za wcześnie na lot pierwszy. Byłam zbyt młoda, gdy pręty ciemne mnie otoczyły. Z każdą moją próbą ucieczki kurczyły i zaciskały się wokół mej szyi. Walczyłam. Chyba nawet zbyt długo. Rany zostały. Blizny tylko niektóre przykryły. Poddałam się. Siedziałam z otępiałym spojrzeniem, patrząc, jak obłoki nade mną płyną i kształty zmieniają. Rosną, łączą się, dojrzewają. I chciałam ich dotknąć, sięgnąć po nie dłonią, lecz ledwo mogłam poruszyć palcem. Pomachać w ukryciu, by choć w ten sposób cichy powiedzieć światu, że jestem, że żyję, że jeszcze czuję. I nagle klatka zniknęła. Ot tak, w sekundę. Stoję i patrzę oniemiała. Ręce przed siebie wyciągam i natrafiam jedy...